Autobus linii M29 jeździł w nocy co jakieś 20 minut, pierwszy raz spostrzegłem double deckera jak jakiś czarnuch próbował opchnąć nam kokę za kilka euro w parku.
- Masz kwas? Pytaliśmy trochę zestresowani, bo koleś nie wyglądał jak by na co dzień kręcił dzieciom watę pod szkołą. Fakt, że czegoś potrzebowaliśmy dawał się we znaki.
Wsiedliśmy chyba tylko dzięki mnie. Gdybym nie krzyknął, że jeszcze zdążymy, kto wie gdzie nasz biologiczny zegar skończyłby bieg.
- Ciepło
- Zajebiście.
Michała stać było tylko na jedno słowo, bo zajęty był bardziej spaniem niż zwiedzaniem. Nieistotne gdzie. Ważne żeby było zajebiście.
Spojrzeliśmy na siebie z Kubą i uśmiechnęliśmy się znacząco. To chyba taki rodzaj zrozumienia. To jedna z tych pojebanych sytuacji, dla których opuszczaliśmy nasze ciepłe łóżeczka i ciepłe obiady zostawialiśmy w domu. Jedziemy gdzieś 10 godzin, żeby poczuć, że nie mamy domu, uśmiechnąć się, że rozumiemy i wrócić.
Wiedzieliśmy tylko, że jesteśmy w Berlinie. Bez kasy i hotelu. Ba! nikt z nas nie wiedział nawet dokąd jedziemy. Chłopcy zasnęli a mi na piętrze w pierwszym rzędzie było lepiej niż w teatrze, gdzie cycki widywałem dosyć często. Tak, byliśmy upaleni jak smoki.
Szybując po ulicach zaśmieconego Berlina wyciągnąłem porysowanego iPoda i odpaliłem go trochę jak starego Mustanga z sześćdziesiątego dziewiątego. HA!
Paul Simon - I know what I know.
Przez godzinę lotu próbowałem zrozumieć wszystkie słowa. Koniec linii.
